Czyli krótka historia o moim pierwszym wegańskim wypieku.
Jako, że ostatnio kupiłam między innymi pekany, postanowiłam zrobić z nich ciasto.
Piekę rzadko, ostatnio prawie wcale (nie licząc świąt).
Przekopałam mnóstwo stron z przepisami, wybrałam sobie jeden i pognałam do sklepu.
Oczywiście okazało się, że moja skleroza jest głęboko zaawansowana (a posiadanie karteczki ze spisem to obciach), wiec chcąc nie chcąc zmodyfikowałam nieco przepis. A właściwie połączyłam dwa i dodałam własną inwencję twórczą...
I być może właśnie to mnie zgubiło...
Ciasto w piekarniku ładnie urosło, zapach był cudowny...
I na tym koniec.
Mam kilka podejrzeń na temat niebywałej kruchości rzeczonego ciasta.
Złe proporcje (bo przepis był na małą blachę, a ja miałam tylko dużą), zbyt krótko trzymałam w piekarniku (ale góra juz była brązowa) albo niewystarczająco poczekałam aż ciasto ochłonie zanim zajęłam się krojeniem...
W ten oto sposób ciasto się połamało. O ile spód jedynie na dwie części, to góra to już istne puzzle!
Żeby nie było, to zrobiłam orzechową masę (sama o dziwo ją wymysliłam) na górę i ukryłam trochę ten hańbiący fakt.
Ciasto sobie wypoczywa w lodówce, a ja boję się tego co jutro mogę tam zastać...
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
Oznaczyłam Cię w łańcuszku (wiem, że się na pewno z tego cieszysz ;)). Po wytyczne co z tym zrobić zapraszam do mnie :)
ReplyDelete